Wiosenna Francja
I w końcu się udało…

Wybór terminu na wiosenne wędkowanie we Francji to bardzo trudna decyzja. Szczególnie wtedy, gdy planujecie taką wyprawę np. pół roku wcześniej i musicie już ustalić konkretny termin. Każdego roku wygląda to zupełnie inaczej ze względu na warunki pogodowe. Na przykład temperatura wody na tym samym obszarze wzrosła w zeszłym roku do 15 stopni aż o 3 tygodnie później niż dwa lata temu. A to właśnie temperatura wody ma przy wiosennym wędkowaniu chyba największy wpływ na aktywność ryb, a co za tym idzie, na ogólny wynik całej wyprawy.



Jako to właściwe wiosenne wędkowanie wyobrażam sobie trafić na okres tuż przed tarłem. Jest to okres, w którym karpie aktywnie żerują i dają się idealnie zlokalizować. To również czas, w którym jest większa szansa na złowienie dużych ikrzyc, których często już nie da się złowić w żadnej innej porze roku.

Jesienią 2011 roku zacząłem wyszukiwać informacje o wodach państwowych we Francji. Usiłowałem odnaleźć niemożliwe. Chciałem znaleźć jezioro, gdzie występują dzikie karpie, gdzie nie wędkuje się zbyt wiele i gdzie mógłbym wędkować według „własnych wyobrażeń”. To wszystko usiłowałem namierzyć przez około 6 miesięcy. Za każdym razem wybierałem sobie któreś jezioro i próbowałem za pomocą internetu oraz kolegów uzyskać o nim jakieś informacje. Zleciłem tłumaczenie książki o ponad stu francuskich rewirach. Z tych rewirów wybrałem 13, według mnie najbardziej obiecujących, i szukałem dalej.

Korespondowałem z kilkoma francuskimi federacjami i gromadziłem wszystkie informacje na temat połowu karpia. Ponieważ na tę wyprawę wybierała ze mną moja dziewczyna Lucka, chciałem jednocześnie znaleźć rewir, gdzie razem będziemy mogli się nacieszyć wędkarskim urlopem i gdzie będzie to nieco przyjemniejsze wędkowanie niż u nas w Republice Czeskiej. Za bardzo mi się jednak nie wiodło. Kiedy już doczekałem się skądś odpowiedzi, zawsze był jakiś problem. Albo z kolei nikt nie chciał mi odpowiadać.

Przez ten czas poszukiwań nagromadziłem dosyć dużo informacji, ale w większości przypadków były z tym związane wszelkiego rodzaju zakazy typu: Bezwzględny zakaz nocnego połowu ryb, zakaz biwakowania, zakaz używania jednostek pływających itd.



Wędkowanie w tym kraju już przestało być taką „bajką”, jak to było x lat temu. Ale mimo tych wszystkich zakazów postanowiłem wyruszyć na jedno z jezior. Jechałem bez przekonania. Raczej zdałem się na to, że kiedy zobaczę rewir na własne oczy, albo tam zostaniemy, albo przesuniemy się dalej. Miałem jednak szczęście i ostatecznie zostałem od razu na pierwszym jeziorze.

Nad jezioro dotarliśmy we wczesnych godzinach porannych, po przejechaniu ponad 1100 kilometrów. Najpierw zamierzaliśmy obejrzeć jezioro, obserwując je z wody, i ustalić, czy ktoś tutaj wędkuje, ile mniej więcej głębokości ma jezioro i czy przypadkiem nie zauważymy jakichś karpi. Temperatura wody w dniu przyjazdu wynosiła 15 stopni, więc zapowiadało się bardzo obiecująco.

Po kilkugodzinnej wędrówce przez jezioro znaleźliśmy miejsce, które wyglądało zadowalająco. Był to duży półwysep, z którego mieliśmy naprawdę wiele możliwości, jeśli chodzi o łowienie. A zatem decyzja zapadła.

Jeszcze obejrzymy pozostałą część jeziora z wody, wrócimy do auta, żeby załadować rzeczy na łódkę i można ruszać na miejsce. Ponieważ mieliśmy przed sobą 16 dni wędkowania, tym razem nigdzie nam się nie spieszyło.

Po prawie całodniowej pracy w końcu jesteśmy na miejscu, a ja mogę wyruszyć na wodę w poszukiwaniu odpowiednich miejsc.

Nie mogłem tu używać echosondy ani silnika, wszystko odbywało się za pomocą ołowianego „stukadła” i okularów polaryzacyjnych. Jednak wcale mi to nie przeszkadzało.





Moim głównym celem było osiągnięcie szybkiego brania od karpia, dlatego zacząłem wszystkimi wędkami obsadzać strefy przybrzeżne. Wysoki poziom wody wyraźnie wskazywał, gdzie mogłyby przebywać karpie. Usiłowałem złowić dotąd niewypłoszone karpie.

Wędki umieściłem na głębokościach od 1 m do 4 m. Przy takim początku wyprawy używam na wszystkich wędkach wysoce atrakcyjnej przynęty, aby jak najszybciej nakłonić karpia do brania. Zazwyczaj wykorzystuję w tym celu jedną pływającą kuleczkę lub klika kulek w formie „bałwanka”. Te kulki przez kilka dni (albo i tygodni) moczę w czystych esencjach i dzięki temu działają wspaniale. Wędki zostały zarzucone, a ja mogłem w spokoju obserwować przyrodę wokół mnie.



Święty Piotr stał przy mnie i pierwszego brania doczekałem się już pierwszej nocy.
Branie było na wędkę zarzuconą kawałek od brzegu, nieopodal porośniętego sitowiem cypelka, na głębokości 2 m. Pochodziło od golca o wadze 14 kg. Ten karp wziął na pływające kulki 18 mm + 16 mm.



Jeśli branie pojawi się tak szybko, jest to zdecydowanie dobry początek. Ponieważ przez całą noc nie spałem, przez cały dzień zajmowałem się badaniem jeziora i rozpakowywaniem, byłem na tyle zmęczony, że tej wędki już nie zarzucałem ponownie.

Nie chciałem niczego popędzać, a zwłaszcza niepotrzebnie płoszyć karpi, ale przez pozostałą część nocy zachować maksymalny spokój. Jednak zanęciłem miejsce powierzchniowo trzema kilogramami kulek o różnych średnicach. Wędka powędrowała na to miejsce dopiero o świcie i nastawiałem się na szybkie branie. Jednak nic takiego się nie wydarzyło…

W ciągu kolejnej doby miejsce było zupełnie głuche i tak naprawdę nawet pozostałe wędki ani drgnęły. Jednak nic nie zmieniałem, na razie miałem zaufanie do tego wszystkiego. Dopiero na trzeci dzień doczekałem się brania w tym samym miejscu i na taką samą przynętę. Branie było niezwykle podobne do tego poprzedniego. Najpierw odwijanie żyłki, a następnie lekkie naciąganie plecionki na bok. Nie do wiary. Po podebraniu karpia wołam Luckę, żeby przyszła coś zobaczyć. Ona też od razu poznała. To był znowu on. Karp, którego złowiłem przed ok. 30 godzinami. Co mam o tym myśleć? Że jest tu tylko ten jeden karp? W głowie kotłowały mi się różne myśli.



Przez dwa kolejne dni nic się nie działo. Jednak pogoda mi sprzyjała. Ochłodziło się, zaczęło wiać, tu i tam przeszła burza. Czwartego dnia widziałem, jak gdzieś daleko wyskoczył karp, a zaraz potem ponownie i znów. Było to mniej więcej 200 m od brzegu. Natychmiast wziąłem jedną z wędek i zmieniłem na niej zestaw. To było coś w sam raz dla mnie. Serce mi waliło jak oszalałe, kiedy razem z wędką płynąłem pontonem na drugi brzeg.




Pod Centurion w rozmiarze 6 założyłem jedną mocno nadipowaną pływającą kuleczkę 18 mm, dołożyłem małą garść pelletu i bez kolejnych wolnych przynęt umieściłem na kamiennym wale grobli. W ciągu godziny właśnie ta wędka się odezwała, a ja z radością podbieram 15 kg golca. Udało się. W mgnieniu oka wsiadam do łódki i w tym samym miejscu umieszczam jeszcze drugą wędkę, z tą tylko różnicą, że tym razem zanęcam miejsce 5 kg kulek.

Od tego karpia zaczęła się moja nieprawdopodobna seria brań. To było coś, czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem. Czułem się jak bohater z dobrze napisanej książki o wędkarstwie karpiowym. Zupełnie przestałem odczuwać zimno, deszcz i deficyt snu. Karpie często przepływały przez to miejsce, a na dodatek najwyraźniej zaczęły się pożywiać moimi przynętami. Mieszałem kulki Kill Krill oraz Food Signal w kilku rozmiarach i zanęcałem powierzchniowo obszar ok. 50 x 20 m niedaleko od brzegu.







Brania pojawiały się jedno po drugim i przez mój podbierak w ciągu kilku godzin przewinęło się kilka wspaniałych dzikich karpi. Raz nawet holowałem karpia, a tu jednocześnie odezwała się też druga wędka. Po całej dobie byłem tak zmęczony, że już nawet nie chciało mi się wędkować.






W ciągu jednego dnia złowiłem kilkanaście karpi o wadze ponad 15 kg, a wśród nich dwie wielkie ikrzyce ważące 21 i 24 kg. Być może zabrzmi to wręcz niewiarygodnie, ale po tym koncercie brań zostawiłem już wędki na brzegu i ciężko opadłem na leżak obok Lucki.

Daleka przeprawa bez silnika i kilkanaście ciężkich pojedynków dało mi się we znaki i powoli zapadałem w słodki sen. Ze snu do rzeczywistości wyrwała mnie jednak Lucka, mówiąc, że chyba jesteśmy na rybach i natychmiast mam tam wracać.



Ze spuszczoną głową wywiozłem jedną wędkę. Na szczęście przez całą noc nic się nie działo i w spokoju mogłem się wyspać. Jednak o świcie odezwała się jedyna wywieziona wędka. Od razu po braniu było dla mnie jasne, że mam do czynienia z kolejną sporą rybą, z którą męczyłem się na łódce w deszczu ponad godzinę. Ale opłaciło się. Na mojej macie leży szeroki karp pełnołuski o wadze 23,60 kg! Lucynko, dziękuję. Gdyby nie Ty, nie miałbym go…



Do końca wyprawy pozostawał nam jeszcze tydzień. Wprawdzie mieliśmy w planach opuścić to jezioro i poznać coś nowego, ale ostatecznie zdecydowaliśmy, że zostaniemy tu jeszcze przed dwa dni i wrócimy do domu.

Podczas tych dwóch dni karpie już jednak nie chciały współpracować. Poza tym w naszym miejscu zdecydowanie się przerzedziło i trochę ociepliło. Jednak miałem w rękawie jeszcze jednego asa… Było nim wspomniane już na początku miejsce niedaleko porośniętego sitowiem cypelka, na 2 m głębokości. Z tego miejsca miałem branie (a właściwie brania) tylko od jednego karpia, o którym już wspomniałem na początku tej opowieści.



To miejsce zostawiłem przez ponad 4 dni w absolutnym spokoju. Kiedy spędzam dłuższy czas, np. ponad tydzień, w tym samym miejscu, zawsze jedno miejsce jedynie zanęcam i specjalnie nie umieszczam w nim zestawu. Zostawiam je sobie na kilka ostatnich godzin wędkowania. Traktuję to jako taki bonus na ostatni dzień i swoją ostatnią szansę na ładną zdobycz.

Tym razem zdecydowanie mi się to opłaciło. W ciągu doby miałem dwa brania z tego miejsca. Wzięła ważąca prawie 18 kg, krótka ikrzyca oraz długi, mierzący ponad 1 m karp o wadze ponad 21 kg.







Misja została wykonana. Łącznie udało mi się złowić 27 karpi o średniej wadze ponad 17 kg.
Ta wyprawa na zawsze zapisała się w moim sercu karpiarza. Wspaniałe pojedynki z pięknymi rybami, nieprzespane burzowe noce oraz niezapomniane przeżycia.

To jest właśnie ten świat, który tak kocham i dla którego robię to wszystko.

Cieszcie się w pełni karpiowaniem…

Jirka „Scopex” Majer – Karel Nikl Team
www.carp-world.pl
Tłumaczenie z języka czeskiego: Hanna Olejniczak


Szybki Kontakt
Reklama
Reklama